Specyficzne źródła historyczne, jakimi są „miracula” dostarczają historykom niezwykle ciekawych informacji i danych.
W „Cudach Św. Szymona z Lipnicy znajdujemy wątek kolski.
A mianowicie spośród wielu opowieści i relacji o cudownym wstawiennictwie św. Szymona z Lipnicy jest relacja zakonnika z kolskiego klasztoru. Działo się to w 1482 roku w Kole.
Pracując obecnie nad najstarszymi dziejami kolskiego klasztoru skorzystałem i z tego źródła. Najlepiej jak zacytuję wyżej wspomniany fragment już przetłumaczony.
“Pewien brat zelant należący do Braci Mniejszych Regularnej Obserwy i czynnie służący zakonowi w podniesieniu znaczenia stanu i godności kapłańskiej, podczas święta Bartłomieja, królewskiego apostoła Pana naszego Jezusa, w roku tysiąc czterysta osiemdziesiątym drugim po zbawiennych narodzinach Pana naszego, rok przed kapitułą prowincji polskiej braci kaznodziejów, która miała miejsce w klasztorze czy też monastyrze Świętej Maryi w pobliżu miasta Koło, przed dniem narodzin najłaskawszej i przenajświętszej naszej wybawicieki Maryi Panny, zawsze Dziewicy, dwukrotnie doznał paroksyzmu wysokiej gorączki. Jako że dosyć wnikliwie zagłębiał się w sztukę medyczną, dzięki czemu poznał objawy wielu chorób, od razu zdiagnozował, co mu dolega. Z tego też powodu zaczął zażywać wiele różnych środków na bazie ziół, w wyniku których gorączka usąpiła. Wówczas jednak zaobserwował, iż w pobliżu jego odbytu na jednym nerwie pojawiło się wzgrubienie, wprawdzie niezbyt duże, wielkości jaja wróbla lub gołębia, lecz dosyć bolesne. Kiedy wrzód przerwał nerw, brat zaczął odczuwać jeszcze większy ból, przypominający użądlenie osy lub ugryzienie jadowitego chrząszcza, który wzmagał się podczas wypróżniania, ponieważ wówczas nerw rozszerzał się na szerokość połowy paznokcia; ponadto zupełnie nie mógł się ruszać; miał też trudności z leżeniem: dopiero podkładając pod pupę ręce był w stanie leżeć twarzą do góry przez pięć lub sześć godzin. Tak upłynęło osiem tygodni, w ciągu których stosował wiele lekarstw, zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy, lecz nic nie przyczyniło się do poprawy jego stanu zdrowia; ból tymczasem przybierał coraz bardziej na sile, a brat zdawał sobie sprawę, że jest u kresu sił i przeczuwał, że wkrótce umrze. Jednej nocy, pochłonięty rozmyślaniem na temat śmierci i tracąc nadzieję na wyzdrowienie, wpadł w wielką rozpacz i poprosił o pomoc chwalebnego Jana Kapistrana. Zmęczony fizycznie i psychicznie zapadał w sen, w którym wrzód mu nie dokuczał; przyniósł on pewną ulgę, ale nie ozdrowienie. Skoro dowiedział się o tym ojciec wikariusz Bal, zasmucił się wielce, współczuł choremu, nakazał przewieźć go do Poznania, aby tam podjęto kurację mającą na celu przywrócenie go do zdrowia. Tamtejszy lekarz skrupulatnie zajął się pacjentem, jednakże żadne lekarstwo nie zdołało go uzdrowić. Nie pomogły też syropy, które lekarz zalecił zażywać. Sam brat spostrzegł, że nie przynoszą one żadnej poprawy, co więcej, stan jego zdrowia pogarszał się. Zaniepokojony tym faktem, z dnia na dzień co raz bardziej chudł, wrzód tymczasem już zupełnie otoczył odbyt. Chociaż był bardzo wyczerpany, większą uwagę skupiał jednak na modlitwie, na święcie patronalnym świętego Szymona, a także na radzie zakonu zwoływanej przy tej okazji, na którą pełny wiary i nadziei pragnął powrócić i nie miał zamiaru rezygnować z tego pragnienia. Złożył ślub, że odmówi sto razy “Ojcze Nasz” i tyle samo “Zdrowaś Maryjo” przy grobie świętego Szymona, kiedy tylko dotrze do Krakowa, a następnie zaczął przygotowywać się do podróży, pomimo iż odczuwał straszliwy ból, a z wrzodu sączyła się wydzielina. Biedak wahał się, czy uzyskać zezwolenie na podróż od wikariusza uczestniczącego w horach w poznańskim klasztorze, który udawał się do Krakowa, lecz wówczas wszystkie trawiące go zmartwienia jeszcze bardziej przybrały na sile. Wykazując się beztroską i lekceważeniem, przyjął, że dotrze do Krakowa szybciej, niż był w stanie to uczynić w rzeczywistości. Posłał wikariusza do Krakowa do prowincjała, aby uzyskał dla niego obediencję, a skoro ją zdobył, wyruszył bezzwłocznie w drogę wraz z przydzielonym mu bratem. Co dalej? Dalszy bieg wypadków dostarcza wielu powodów do zdziwienia. Albowiem opuściwszy klasztor w Poznaniu i przeprawiwszy się przez rzekę Wartę, która przepływa przez miasto Poznań, stracił brata towarzysza oraz powóz. Szukał ich przemierzając bezdroża, pola i doliny, ale nie udało mu się ich odnaleźć. Podjąwszy samotną wędrówkę, w trakcie której przeszedł pieszo pięć mil, dotarł wreszcie do zakonu braci, znajdującego się w pobliżu miasta Wartha4. Stamtąd wsiadł w powóz i udał się prosto do Krakowa – lecz nie był już dłużej chory, wszelkie objawy choroby, zwłaszcza wydzielina sącząca się z wrzodu, ustąpiły; wreszcie cieszył się upragnionym zdrowiem. Po powrocie do Krakowa, chociaż przebywał w mieście już jakiś czas, jednak nie spełnił złożonego ślubu odmówienia stu “Ojcze Nasz”, po części z powodu lenistwa, po części z powodu wstydu wobec innych braci; odkładał to na inny czas. Wówczas niespodziewanie nastąpił nawrót choroby, z wrzodu znowu zaczęła wypływać wydzielina – wszystkie dolegliwości ustąpiły dopiero po odmówieniu ślubowanych modlitw, a w miejscu wrzodu pozostał mały ślad”.
Tłumacząc, korzystałem z „Miracula beati patris Simonis Lypnycensis” (1482-1520). Wydali, wstępem i przypisami opatrzyli Marcin Starzyński, Anna Zajchowska-Bołtromiuk, Kraków 2019.
Zdjęcie: Oryginalna jedna z kart rękopisu „Miracula” z tekstem dotyczącym Koła.
źródło:Krzysztof Witkowski

Leave a comment