Kolanin wśród najlepszych w Dyktandzie Krakowskim
7 marca 2026 roku w Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego odbyła się 9. edycja prestiżowego Dyktanda Krakowskiego. W wydarzeniu wzięły udział setki uczestników z całej Polski, którzy zmierzyli się z wymagającym tekstem pełnym ortograficznych pułapek. Wśród najlepszych znalazł się mieszkaniec Koła – Jakub Wasilewski, który zajął znakomite 3. miejsce.\
Sukces w Krakowie to kolejny dowód na jego doskonałą znajomość zasad polskiej ortografii. Na początku tego roku Wasilewski triumfował w ogólnopolskim konkursie ortograficznym organizowanym przez Uniwersytet Łódzki, zdobywając pierwsze miejsce i wyprzedzając wielu doświadczonych uczestników.
Pasja do języka polskiego towarzyszy mu od lat. Brał udział także w lokalnych dyktandach organizowanych w Kole, a przygotowując się do kolejnych konkursów, sięga po słowniki i publikacje dotyczące poprawności językowej. Jak podkreśla, udział w takich wydarzeniach to nie tylko rywalizacja, ale również okazja do spotkań z wybitnymi językoznawcami oraz do poznawania osób, które podobnie jak on dbają o kulturę języka polskiego.
Trzecie miejsce w jednym z najtrudniejszych dyktand w kraju potwierdza, że systematyczna praca i zamiłowanie do języka przynoszą znakomite rezultaty.
Tekst tegorocznego dyktanda:
„Genius loci albo fatalne zauroczenie”
W nauce byłem nienajlepszy i nie najbardziej zaangażowany. Tworzyłem haiku, pochłaniałem powieści Joyce’a i Josepha Conrada, grywałem w squasha i żyłem mrzonkami o studiach w Krakowie, zażerając się to chałwą, to halawą, to crème brûlée. Ojciec, zażywny, acz zrzędliwy Pułtuszczanin, wnuk pół-Tuareżki, pół-Abchazki, jako że był pułkownikiem po Wacie, stosował zimny chów i hartował ochoczo mój arcychimeryczny charakter, bym zanadto nie zhardział i nie schamiał. Gdy został attaché, hasał chwacko po świecie. W Compiègne złożył hołd Ferdinandowi Fochowi, a potem hulaj dusza! Słał selfie z wysp Cuszima, przylądka Almadi, Cieśniny Hudsona, pustyni Kara-kum i czort wie skąd jeszcze! À propos czorta…, a zresztą posłuchajcie.
Zaczęło się od błahego challenge’u. Rzekłem sobie: – Cóż szkodzi aplikować na polonistykę, a nuż, widelec się uda. I zdarzył się cud, a po nim wybuch euforii. Skądżeż miałem wiedzieć, że pewna hoża hurysa już rozlała olej na Placu Matejki? Pożegnałem się z chrapliwie rzężącym beagle’em i rzęchowatym, wolnobieżnym Hyundaiem ruszyłem na podbój neohumanistyki.
Gnałem na pierwszy scs., gdy znienacka tuż pod Collegium Novum wychynął zza węgła jakiś hipster à la matejkowski Wernyhora. W rozchełstanej quasiczamarze i krakusce na sczochranej czuprynie wyglądał jak żywe dziedzictwo kultury. – Dokądżeż to pędzisz, bajoku? – spytał mnie ów ultra-Krakowiak, wymachując zszarzałym szalikiem Cracovii. – Studia to nie chyży chart, nie uciekną. Chodźżeż ze mną, poczujesz tętno miasta. – I podśpiewując „Gaudeamus igitur”, zaczął mnie włóczyć po drink-barach, fast foodach, jazz clubach – od Vis-à-vis przez Hawełkę do Klubu pod Jaszczurami. Nie dał się odwieść od rundki po muzeach: MOCAK-u, MuFo i Mangdze. Z Melpomeną też weszliśmy w zażyłość. W drodze do teatrów Variété i STU, nużąco ponaglał: – Ruszżeż się, chacharze, katharsis samo się nie przeżyje.
Półtrzecia tygodnia przed sesją nasze chilloutowe joint venture z nagła się rozpadło, a mój druh sczezł jak kamfora. Przytłoczony hałdą nieprzeczytanych lektur czułem się jak zhańbiony grzesznik wyjęty wprost z „Boskiej komedii” Dantego Alighieri. Przełączyłem się w tryb last minute: czytanie na wyrywki, hektolitry Tchibo i Coca-Coli oraz survivalowa [surwiwalowa] ekspres-dieta: popcorn, miks orzeszków koli i pinii oraz Lay’sy, których okruszki przyprószały efekt twórczy Rabelais’go i Boccaccia. Na próżno – miszmasz w mojej głowie osiągnął stan klęski żywiołowej. Pod Kościołem Mariackim wsiadłem z głupia frant do dorożki i nagle – eureka! [heureka!] A co by było, gdybym zawarł faustowski pakt z Mefistem? Jeszczem [Jeszcze-m] tej myśli nie skończył, gdy krępe półhucuły, pełne energii dzięki krzepiącej rzodkwi z Korzkwi i niezeprzałej samopszy z Rozprzy, stanęły dęba i w diabelskim szale poniosły powóz w stronę ulicy [ul.] Floriańskiej. Pod Pomnikiem Grunwaldzkim jedna z podków wpadła w poślizg, koń zachybotał, zahaczył chomątem o hydrant. Strumień wody wystrzelił wraz ze mną wzwyż. Omalże zderzyłem się z Kometą Enckego, a gdy spojrzałem w dół, dostrzegłem świeżo stężały śryż na jeziorze Świerzno, płochacze halne pod Hawraniem i brzuch strongmana, który, o dziwo [o dziwo!], chlubnie chudnie w schludnym Hłudnie.
Finał? Ból, gips i „kampania wrześniowa”.
foto: K. Wasilewska
źródło: Kolskiefakty.pl
Social Media Auto Publish Powered By : XYZScripts.com