Szczęście miał ten, kto nigdy nie spotkał się z podobną sytuacją. Mechanik wziął pieniądze za… wystawienie rachunku. Nie było żadnej naprawy, a klient zapłacił. Co gorsza, niektórych rzeczy po prostu nie da się sprawdzić.

Pan Marcin pojechał do warsztatu, bo silnik jego citroena przerywał podczas przyspieszania. Delikatnie i zdarzało się sporadycznie, ale było to denerwujące. Mechanik zadzwonił z informacją, że wszystko przejrzał i do wymiany są tylko świece zapłonowe. Zrobił to, a za naprawę z przeglądem zażądał 140 zł. Pan Marcin zapłacił, nie wziął żadnego rachunku.

Po odebraniu auta wszystko było dobrze, ale drugiego dnia objawy wróciły. Pojechał do innego mechanika. Ten sprawdził świece i okazało się, że były stare. Nawet pojawiła się sugestia, że oryginalne, bo ich stan był po prostu fatalny.

Pan Krzysztof miał droższą przygodę. Za granicą doszło do usterki alternatora w jego volvo. W niedużej miejscowości znalazł mechanika. Okazało się, że trzeba wymienić całą część. Koszt naprawy w przeliczeniu na złotówki — 1700 zł. Mechanik musiał kupić nowy element. Pan Krzysztof z rodziną przenocowali w pobliskim hotelu i na drugi dzień auto było sprawne. Po powrocie do domu pojechał do swojego zaufanego mechanika, by ten wszystko sprawdził. Dowiedział się, że ma starą część. Najpewniej oryginalną, a usterka była raczej drobna.

— W serwisie mieliśmy taką metodę wymiany oleju “na trzy”. Wiesz, jak to jest? – pyta mnie mechanik, który pracował w ASO i chce zachować anonimowość. – Odkręcasz korek spustowy i liczysz: “jeden, dwa, trzy”. Potem zakręcasz. Jeśli w tym czasie zleci litr oleju, jest dobrze. Nie spuszczało się więcej niż dwa – tłumaczy. Tymczasem zazwyczaj w aucie są 3 litry oleju, a w niektórych modelach nawet 7.

Mechanicy niestety często nie mają skrupułów, by naciągnąć klienta na drogą naprawdę. Są sprytni, wiedzą kogo i w jaki sposób oszukać. Wystarczy trafić na osobę, która nie zna się na autach jak panowie Marcin i Krzysztof. Albo teściowa mojego bardzo dobrego kolegi.

— Teściowa miała problem z systemem ABS. W ASO powiedzieli, że wymienili jej pompę na nową. Niestety to nie pomogło, więc przy kolejnej wizycie zaproponowali… wymianę na kolejną! U mechanika dowiedziała się, że przyczyną problemów był tak naprawdę czujnik w piaście koła – opowiada kolega.

Nie wszystko da się sprawdzić po naprawie

Czy po wymianie oleju oglądasz go? Większość osób tego nie robi. Tymczasem łatwo odróżnić świeży od starego: wystarczy spojrzeć na bagnet. Nowy olej będzie złoty lub przezroczysty. Jeśli jest czarny, to znak, że nie został wymieniony.

Gorzej jest z innymi płynami. Spróbuj sprawdzić olej w skrzyni biegów czy dyferencjale. Nawet na płynie hydraulicznym do hamulców mechanik może oszukać, choć nie jest to akurat nic drogiego. Jednak wymiana płynu w najnowszych autach bywa kosztowna.

A co powiecie na niewymieniony napęd rozrządu? Znam taką sytuację. Panu Pawłowi zrobiono taką niespodziankę w jego alfie romeo. Mechanik zainkasował ponad 1000 zł, a rozrząd strzelił po kilku miesiącach. Silnik był do remontu, rachunku nie było, więc nie było też z czym iść ani po reklamację ani do sądu. Paweł wydał ponad 4000 zł za naprawy. W trakcie okazało się, że części były stare, najpewniej niewymienione.

Poważne i nierzadko kosztowne naprawy silnika to najlepsza okazja do szybkiego i dużego zarobku. Sam miałem sytuację, że w mojej hondzie pękła uszczelka pod głowicą. Mechanik w dwa dni się z tym uporał. Podczas odbioru auta powiedział też, że głowica była już szlifowana wcześniej i po kolejnym szlifie doszła do wartości granicznej, więc w razie czego następnym razem już się tego nie da zrobić. Akurat tak się złożyło, że auto oddałem w upalne dni, a po odebraniu mocno się ochłodziło.

Jeździłem kilka dni zadowolony, ale po sprawdzeniu poziomu płynu chłodzącego okazało się, że go nie ma. Ponownie udałem się do mechanika, ale ten już był na dwutygodniowym urlopie. Pojechałem do drugiego, który od razu stwierdził to, co ja podejrzewałem – znów uszczelka pod głowicą. Zostawiłem auto u niego i kupiłem drugą głowicę, bo przecież stara się do niczego już nie nadawała. Naiwniak.

Mechanik dostał pięknie wyszlifowaną i przygotowaną do założenia głowicę, którą oczywiście zamontował. Ale nie musiał. Podczas odbioru samochodu powiadomił mnie, że po pierwsze stara głowica mogła być jeszcze spokojnie szlifowana, a po drugie — i tego długo nie zapomnę: “ja mam nawet wątpliwość, czy ta uszczelka była w ogóle wymieniona”.

Turbo i wtryskiwacze w dieslu też można wymienić na niby. Na przykład, zakłada się nowy, pęknięty przewód dolotowy, a inkasuje za wymianę turbosprężarki. W praktyce klient płaci za jej umycie, żeby wyglądała jak nowa. Myje się także wtryskiwacze i bierze po kilkaset złotych za “regenerację”. I żebyście nie byli zaskoczeni, to samo robi się z kołami dwumasowymi.

To część nierzadko kosztująca blisko 2000 zł. Tylko, czy jesteś w stanie sprawdzić, że dwumasa zostanie wymieniona na nową? Albo udowodnić, że wibracje i stuki silnika tak naprawdę wynikały z zużytych poduszek mocujących za 300 zł, które wymieniono “przy okazji”?

Są też czynności, których mechanicy najzwyczajniej w świecie nie lubią, a przy okazji nie da się łatwo sprawdzić, czy zostały wykonane. Jedną z tych najbardziej znienawidzonych jest regulacja zaworów. Tania czynność, ale zabierająca sporo czasu i energii, a do tego wymagająca wiedzy. Więc po co w ogóle to robić? Wystarczy wziąć auto od klienta i postawić, żeby ostygło, a potem oddać i skasować za to 100–200 zł.

— Klienci do mnie przyjeżdżają, bo wiedzą, że naprawdę ustawiam zawory. Często z gasnącym silnikiem już po regulacji zaworów. Nawet jeśli faktycznie były ustawiane, to najwyraźniej przypadkowo lub kompletnie bez wiedzy o wartościach luzów – opowiada znajomy mechanik.

Inna historia…

— Klient miał zrobioną regenerację zacisków hamulcowych z tyłu, bo ręczny nie działał na jedno kolo. Pojeździł miesiąc i mówi, że nadal nie działa. Rozebrałem układ z tarczobębnami i widzę, że jeden zacisk zrobiony, drugi działał, ale nie był ruszony. Ten, co był “zrobiony”, miał włożony tłoczek od innego auta, ale średnica się zgadzała. Za to był używany. Natomiast do ręcznego nikt nie zajrzał, bo jak rozebrałem bębny, to szczęk już prawie nie było, a linka hamulcowa stała nieruchomo.

Jak się uchronić przed oszustami?

Niełatwo o dobrą metodę na zabezpieczenie się przed podobnymi sytuacjami. Na pewno podstawą jest wybór dużego warsztatu znanej marki i branie faktury za naprawy z wyszczególnieniem części oraz robocizny. Bez faktury nie ma szans na reklamację, a tym bardziej dochodzenia sprawy w sądzie. A przynajmniej w większości przypadków.

— Pojechałem po te 140 zł za niewymienione świece – opowiada ciąg dalszy swojej historii Marcin. Powiedziałem im, żeby mi je oddali i nie obchodzi mnie to, że “mnie nie kojarzą”. Oczywiście mocno trzymali się swojej wersji, a nawet zaczęli grozić. Dopiero gdy im powiedziałem, że zapytam urzędu skarbowego czy wie, że w tym warsztacie nie wystawiają faktur, poddali się. Dali mi 150 zł i kazali się wynosić.

Faktura jest dokumentem, który pozwoli dochodzić roszczeń, ale też sprawia, że właściciel warsztatu, choć moralnie czuje jakąś odpowiedzialność za naprawy. Jakąś metodą jest też stanie przy mechaniku i obserwowanie jego pracy, ale… czy wytrzymacie? Niektóre serwisy umożliwiają podgląd pracy ich mechaników.

Najlepszą jednak metodą jest wybieranie warsztatów polecanych i zaufanych mechaników. Nie ma chyba możliwości, by ktoś nie miał w rodzinie czy gronie znajomych kogoś, kto nie zna mechanika, któremu można zaufać. I wybierajcie właśnie tych, choćby kosztem czasu, dojazdu czy pieniędzy. Bo i na złych wyborach można się „przejechać”, a znam kilka takich historii. Wy pewnie też.

foto:Piotr Mecik/SE/EAST NEWS 

żródłoWP autokult