O. MARIUSZ LEPIANKA …… spacerkiem po dawnym Kole.
Poznałem ojca Mariusza Lepiankę w 1959 roku. Wspaniałego zakonnika i wielkiego dla nas, dzieci, przyjaciela. Miałem zaledwie 10 lat, będąc wtedy ministrantem w klasztorze o. Bernardynów w Kole. Był krótko po święceniach kapłańskich w Krakowie – 22 czerwca 1958 r. z rąk abpa Eugeniusza Baziaka. W Kole, w klasztorze Ojców Bernardynów w latach 1959-1963, był wikarym klasztoru, kaznodzieją spowiednikiem, rekolekcjonistą, kapelanem chorych w kolskim szpitalu i osób starszych w Domu Opieki przy ul. Poniatowskiego. Pamiętam Go, bardzo troskliwego dla nas, bardzo młodych wtedy chłopaków. Interesował się naszymi problemami i często kontaktował się z naszymi rodzicami. To dla nas, chłopaków z Kolskiej Starówki, było bardzo dużo. W każde święta, czy to Wielkanocne, czy też i Bożego Narodzenia, miał dla nas nie tylko „Słowo Boże” ale i obdarowywał nas cennymi upominkami. My chłopaki z wyspowej części Kola, Kolski Klasztor uważaliśmy za swój i tylko nieliczni z przedmieść spoza Warty mogli być w klasztorze ministrantami. Dla nich była Kolska Fara. Ojciec Mariusz, jako kapelan chorych, codziennie rano konną bryczką, bo taką wtedy kolski klasztor posiadał ponad 60 lat temu, jechał do kolskiego szpitala czy do Domu Opieki przy ul. Poniatowskiego odprawić msze św. Oczywiście zabierał i któregoś z nas, ministrantów. Dom Opieki był po mszy św. bardziej dla nas pożądanym, bo tam siostry zakonne zapraszały nas i ojca Mariusza na super śniadania. Ojca Mariusza uważaliśmy niemal jak za swojego ojca. Organizował dla nas kilkudniowe wycieczki do innych klasztorów, ogniska z pieczeniem ziemniaków. Organizował ciekawe spotkania i w samym kolskim klasztorze, a po mszy porannej w niedzielę, gdy nie gnaliśmy do szkoły, często zapraszał nas do klasztornej stołówki, czy to na placki ziemniaczane, ciepłą kiełbasę, bułki z masłem, powidła owocowe, ciasto i kawę z mlekiem. Z wdzięczności za to smakowite jadło, z ochotą pomagaliśmy w dni wolne od nauki w pracach w przyklasztornym ogrodzie. Do mszy św. przebieraliśmy się nie w komże, ale w habity zakonne. Staraniem ojca Mariusza były one uszyte dla nas, ministrantów. Celebra mszy św. 60 lat temu odbywała się w języku łacińskim, a i my ministranci musieliśmy wtedy w miarę opanować ten język. Uczył nas poszanowania osób starszych, chorych i niesienia im pomocy. A także i wrażliwości na czyjąś krzywdę. Takim zapamiętałem GO.
Urodził się 17 września 1933 roku w Trzebosi w woj. podkarpackim. Był synem Wojciecha i Marii. W zakonie przeżył 70 lat, natomiast w kapłaństwie 62 lata. Był oddanym duszpasterzem, miał łatwość w nawiązywaniu kontaktu z drugim człowiekiem. O. Mariusz, jak mało który kapłan, rozumiał ludzi sobie powierzonych i potrafił mówić ich językiem. Zanim trafił do Kola w latach 1958-1959 był kaznodzieją i spowiednikiem w Kalwarii Zebrzydowskiej. Udało mi się na krótko, przed jego śmiercią porozmawiać z nim telefonicznie. Umawialiśmy się na spotkanie. Cóż, nie udało nam się. Zmarł 17 listopada 2020 roku w klasztorze OO. Bernardynów w Leżajsku, miał 87 lat.
Foto archiwalne LOK „Kolska Starówka” :
1. Klasztor OO Bernardynów w Kole
2. o. Mariusz Lepianka
3. z o. Mariuszem, ministranci klasztorni z Koła 24 .08. 1960 r. przy pomniku w Warcie
4. na nadwarciańskim błoniu w Warcie 24.08 1960 r., w ciemnym ubraniu o. Mariusz.
Tekst Ryszard Borysiewicz

Social Media Auto Publish Powered By : XYZScripts.com